Ładowanie...

Ostatnia Sześćdziesiątka W Wykonaniu Czarnej Mamby


Równo rok temu, Kobe Bryant rozegrał swój ostatni mecz w karierze. Dla mnie osobiście było to bardzo ważne, emocjonalne wydarzenie, które śledziłem z zapartym tchem. Po raz ostatni miałem okazję  kibicować swojemu ulubionemu zawodnikowi, siedząc w nocy przed telewizorem, w koszulce z nr 8 albo 24. Akurat tego dnia (oczywiście nie było w tym przypadku) kupiłem sobie Nike Kobe XI, wiedząc, że założę je do oglądania meczu by jak najbardziej wspomóc swojego bohatera. Pomyślicie, że jestem niespełna rozumu ale musicie wiedzieć, że gdy w 1996 r. Kobe zadebiutował w NBA, jakoś od razu go polubiłem. Wszyscy lubili Jordana, Pippena, Pennego Hardawaya czy Granta Hilla, ja oczywiście też, ale to właśnie Kobe stał się dla mnie zawodnikiem nr 1. I tak przez 20 lat, kawał czasu, prawdę mówiąc 2/3 mojego życia. Można powiedzieć, że Kobe był „przy mnie” zawsze, a tu nagle będzie grał swój ostatni mecz. Pomimo tego, że przez cały sezon wszystkie mecze Lakers, szczególnie te na wyjazdach były traktowane jako trasa pożegnalna Black Mamby, i niejako uświadamiały kibiców, że to już koniec, to i tak gdy zacząłem oglądać ten ostatni mecz miałem łzy w oczach. W samym Los Angeles władze ogłosiły ten dzień jako „Mamba Day”, nazwa jednej ze stacji metra, która jest w pobliżu hali Staples Center, w której grają Lakers została nazwana w tym dniu „Kobe”. Przed halą ustawiono wielkie plakaty z Bryantem, na których kibice mogli się wpisywać, panowała szalona, pozytywna atmosfera. Na meczu nie mogło zabraknąć celebrytów, m.in. Jay-Z, Kayne West, Snoop Dogg, The Weekend, Denzel Washington, Mila Kunis, Shaquille O'Neal i jeden z największych fanów Lakers, Jack Nicholson, którego syn założył oldschoolowy dres...albo rzeczywiście mógł być z lat 80-tych. Zanim rozpoczął się mecz, odbyła się ceremonia powitalna, na wielkim ekranie pokazano najlepsze akcje Kobego, przemawiał Magic Johnson, pojawili się byli koledzy, z którymi grał Bryant. 













Gdy już zaczęli grać, za każdym razem gdy Kobe miał piłkę w rękach, a miał ją bardzo często bo wszyscy zawodnicy od razu mu ją podawali, na widowni podnosiła się wrzawa, a mnie przechodziły ciarki. Pomimo tego, że siedziałem na swojej kanapie, czułem się jak  bym był w Los Angeles. Początek meczu był dość ciężki na Bryanta, spudłował kilka pierwszych rzutów i wyglądał na zdenerwowanego. W końcu jedną rewelacyjną akcją obronną, obudził się, przekozłował piłkę do ataku i zdobył swoje pierwsze 2 punkty. W tym momencie się odblokował i zaczął grać po swojemu, zdobył kolejnych 10 punktów akcja po akcji. Kibice szaleli, a ja w domu starałem się nie obudzić śpiącej za ścianą żony.  







Przez prawie cały mecz, łącznie z początkiem czwartej kwarty Lakers przegrywali z Jazz. Głównie za sprawą spektakularnych akcji i woli walki Kobego, jeziorowcy jakoś się trzymali. Bryant wjeżdżał pod kosz, rzucał za trzy, robił wszystko co mógłby by pozostać w „kontakcie” z Jazzmanami. Na trzy minuty przed zakończeniem meczu tablica wyników pokazywała 94:84 na korzyść Utah i wtedy się zaczęło...to były niesamowite 3 minuty, pokazujące wielkość jaką przez 20 lat mieliśmy okazję oglądać w wykonaniu Bryanta. Ten jeden ostatni raz Kobe wspiął się na wyżyny, kilkoma niesamowitymi rzutami doprowadził do jednopunktowej przewagi Lakers. W tym momencie miał na swoim koncie 58 punktów! Ostatecznie zakończył mecz z dorobkiem 60 punktów, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej w historii ostatnich meczy rozgrywanych przez zawodników. Schodząc z boiska Kobe otrzymał od publiczności owację na stojąco. Był to piękny moment i muszę przyznać, że nie mogłem powstrzymać wzruszenia. Gdy na koniec Kobe dziękował m.in. kibicom, czułem, że mówi też i do mnie. Myślę, że tak czuli się wszyscy, którzy podobnie jak ja  przez tych 20 lat śledzili jego karierę i wspierali go nie tylko wtedy gdy wygrywał pięć tytułów mistrzowskich, nagrodę MVP albo gdy błyszczał podczas meczów gwiazd, ale też gdy grał gorzej albo gdy doznał poważnej kontuzji. I tak jak Kobe dziękował nam, tak i ja chciałem podziękować jemu za wszystko, może poza epizodem kiedy bawił się w rapowanie ;-). Ale dziękuję za to jaki wpływ miał na młodego dzieciaka, który lubił grać w koszykówkę, za to że chciałem grać jak on, że zawsze wybierałem numer 8, za to że gry kupowałem, na bazarze pod Pałacem Kultury wątpliwej oryginalności koszulkę z jego nazwiskiem na plecach, uważałem ja za najlepszą koszulkę na świecie.  Za to, że w moim pokoju wisiały plakaty z jego wizerunkiem i za moment kiedy pierwszy raz udało mi się kupić jego sygnowany model, wtedy były to jeszcze adidasy i prawda jest taka, że mama mi je kupiła, bo wtedy jeszcze byłem gówniarzem...a buty mam do dziś. 















Teraz, kiedy minął rok od kiedy Kobe jest na „emeryturze”, ja dalej kupuję jego buty, koszulki i oglądam jego zagrania przed tym jak sam idę grać w kosza...i powiem Wam, że nie mam zamiaru przestać. Powiem więcej, dziś wieczorem mam zamiar znowu obejrzeć ten ostatni mecz by znowu poczuć te emocje. Później zasiąsiądę do lektury książki „Showboat: The Life of Kobe Bryant” (polski tytuł Kobe Bryant Showman), która niedawno pojawiła się w sprzedaży, i którą też nie bez przypadku chciałem zacząć czytać właśnie dziś. 



Tekst: Michał Post