Proponowany post

Dziękuję Ci Kobe!

27 styczeń 2020
Dziękuję Ci Kobe!

Nie wiem nawet, od czego zacząć. Jestem zdruzgotany. Mam wrażenie, że to wszystko mi się śni, że za chwilę się obudzę i wszystko będzie po staremu. Prawda jest jednak inna i bardzo przykra, wręcz bolesna. Kilkadziesiąt godzin temu Świat obiegły wieści o tragicznej śmierci Kobe Bryanta i jego córki Gianny. Razem z kilkoma innymi osobami zginęli w katastrofie śmigłowca. Przyznam, że uczucia, które mną targają, są bardzo dziwne. Nie jestem w stanie opisać słowami tego, co działo się i dzieje się do tej pory w mojej głowie, gdy zobaczyłem wiadomość od znajomego o treści; "Kobe nie żyje". Jak to? Uderzenie gorąca, milion myśli...brak w tym wszystkim sensu.
Nigdy nie miałem okazji spotkać Kobego, nie byłem też na jego meczu. Mogłem jedynie oglądać go nocami lub nad ranem w telewizji, a później za pośrednictwem streamów bardzo wątpliwej jakości. Mimo to czuję się, jak bym stracił kogoś bardzo bliskiego, niemalże członka rodziny. Dla części z Was pewnie jest to dziwne, ale tak się właśnie czuję i nic już tego nie zmieni.

Kobe był dla mnie kimś ważnym, był moim idole z dzieciństwa. Ośmielę się stwierdzić, że był "ważniejszy" od Michaela Jordana. Plakaty z jego wizerunkiem wisiały w moim pokoju, miałem (raczej nieoryginalną) koszulkę z numerem "8" kupioną na bazarze pod Pałacem Kultury. Bardzo chciałem mieć jego sygnowany model adidas KB8. Niestety moich rodziców stać było jedynie na tańsze buty do koszykówki, ale uparłem się, żeby były to adidasy. Tłumaczyłem sobie, że Kobe na pewno ma takie, ale używa ich tylko na treningach. Szczerze mówiąc, nie pamiętam nawet, jak nazywał się ten model, ale podobnie, jak wspomnianą koszulkę nosiłem wszystko z dumą, marząc o KB8.
Gdy jeszcze marzyłem o grze w NBA, wyobrażałem sobie, że będę się pojedynkował z Kobasem, albo będę grał u jego boku. Gdy trafiłem do reprezentacji szkoły (w podstawówce i liceum) poprosiłem o numer "8". Nie wyobrażałem sobie, żebym mógł mieć na plecach jakiś inny numer. Chciałem grać jak on, rzucać jak on i robić paki jak on. W podstawówce mieliśmy kosze zawieszone na śmiesznej wysokości (mniej więcej 275cm). Spora część akcji kończyła się wsadem. Nie brakowało też "konkursów".
W 2001 roku przyszedł ten upragniony moment i dostałem swoje pierwsze Kobasy. Były to adidas The Kobe teraz znane jako Crazy 1. Łatwo się chyba idzie domyślić, że używałem ich do wszystkiego. Do grania w kosza i wożenia się po szkole i na osiedlu. Rok później siostra kolegi z klasy pojechała do Los Angeles. Przywiozła jersey Bryanta. Miałem komplet; prawdziwe buty i prawdziwą, oryginalną koszulkę. Nie rozstawałem się z nimi. Nie będzie to chyba zaskoczenie, jak powiem Wam, że oba przedmioty mam do dziś. W zaistniałej sytuacji mają one dla mnie jeszcze większą wartość.
W wieku 19-20 lat, dotarło do mnie, że jednak nie zagram w NBA. Moja "miłość" do Kobego była jednak taka sama. Nadal go podziwiałem, kibicowałem, uznawałem za najlepszego koszykarza i kłóciłem się z każdym, kto był innego zdania. 

W karierze Black Mamby było wiele pamiętnych momentów. 81 punktów przeciwko Toronto Raptors (pisałem o tym meczu 2 lata temu. Żeby sprawdzić kliknij tutaj), seria czterech spotkań z rzędu ze zdobyczą 50 i więcej punktów, mecz przeciwko Dallas Maverics, w którym w pewnym momencie miał więcej punktów niż cała drużyna przeciwna, dwa tytuły mistrzowskie zdobyte w latach 2009 i 2010, którymi zamknął usta wszystkim niedowiarkom i udowodnił, jakiego kalibru jest graczem. W końcu ostatni mecz. 60 punktów przeciwko Utah Jazz. To oczywiście tylko ułamek wspomnień, jakie na zawsze wyryły się w mojej pamięci. Właśnie za to chciałbym bardzo podziękować, że swoją grą sprawiałeś radość nie tylko mi ale milionom fanów na całym świecie. Bardzo wierzyłem w to, że kiedyś uda mi się spotkać cię na żywo, zbić piątkę, zrobić sobie wspólne zdjęcie, może zadać jakieś pytanie. Niestety dziś już wiem, że do takiego spotkania nigdy nie dojdzie, czego bardzo żałuję. Pozostaje mi jedynie po raz setny oglądać twoje highlighty na Youtube, przeglądać stare numery Slam Magazine z wywiadami z tobą, czy patrzeć na kolekcję twoich sygnowanych butów, którą przez te wszystkie lata udało mi się uzbierać.

Tragiczna śmierć Bryanta i jego córki dała mi też do myślenia. Patrzę na tę sytuację z perspektywy ojca. Nie wyobrażam sobie, jaki ból odczuwa teraz Vanessa Bryant, żona Kobego. W jednej chwili straciła męża i córkę, coś strasznego. Ja zeszłej nocy nie zmrużyłem oka. Nasza jedenastomiesięczna córka spała z nami, a ja tylko na nią patrzyłem, a w głowie miałem gonitwę myśli. Nigdy nie wiadomo co jest nam pisane, nikt nie gwarantuje, że dane nam będzie zobaczyć jutro. W tym miejscu warto przytoczyć słowa Kobego, który w pewnym wywiadzie powiedział, żeby cieszyć się życiem, korzystać z niego. Jest ono zbyt krótkie, by ugrząźć i się zniechęcać. Musisz działać, iść dalej uśmiechaj się i tak trzymaj. Niby bardzo prosty przekaz, słyszany z ust wielu innych ludzi, a czasem odnoszę wrażenie, że o tym zapominamy.

Przepraszam Was, jeśli powyższy tekst był zbyt chaotyczny, ale uwierzcie mi, że piszę go ze łzami w oczach z głową, która od nadmiaru myśli za chwile mi eksploduje. Mógłby jeszcze pisać wiele na temat Kobe, o jego determinacji, woli walki, podejściu do życia, jaką miał etykę pracy, przytaczać różne historie z jego kariery, czy historie z własnego życia z nim związane. Jest to swego rodzaju sposób na walkę ze smutkiem po takiej stracie. Zawsze jest dobrze przypomnieć sobie te fajne chwile.
Tak, jak we wstępie, cały czas łudzę się, że ta sytuacja okaże się nieprawdą, złym snem i po wybudzeniu będzie można odetchnąć. Obawiam się jednak, że tak nie będzie i trzeba będzie pogodzić się z myślą, że Kobego już nie ma. Jeśli istnieje życie po śmierci, to mam nadzieję, że spotkamy się po tej drugiej stronie. Jeszcze raz, bardzo Ci dziękuję Kobe...za wszystko!